Vena festival – Pilichowski Band

Ten wpis jest częścią mojego starego bloga, prowadzonego w latach 2005-2007 pod adresem dragonee.jogger.pl. Został on zachowany w celach archiwizacyjnych i niekoniecznie reprezentuje moje bieżące stanowisko na dany temat.

Brawa dla tych panów (i jednej pani), którzy dali popis wirtuozerii instrumentalnej na wszystkim, co przynieśli. Brawa dla nich, za brak nudy i sztampowości chociaż przez chwilę. Brawa w końcu za niezwykle ciekawe wersje znanych motywów jazzowych. I najprawdopodobniej – największe brawa za pokazywanie się tak świeżo i młodo już po raz n-setny.

Z okazji festiwalu Vena miałem okazję ich posłuchać na żywo, co teraz wielce sobie chwalę. Dzięki organizatorom, nie dość, że mogłem ich posłuchać na żywo, to jeszcze za darmo. I wiem, że następnym razem też przyjdę, nawet, jeśli koszty będą względnie wysokie. Ta grupa jest tego warta.

A jak to wyglądało? Niezwykle prosto – wstęp, czyli przygrywka, aby słuchający zapoznał się z motywem. Następnie, gdy już zna go na tyle, że mógłby go rozpoznać, rozpoczyna się to, co tygryski lubią najbardziej – kilkuminutowe solo jednego z członków grupy. Potem oklaski, pół minuty głównego motywu, aby nieco zharmonizować zespół i kolejna osoba rozpoczyna swoją partię. I tak, około dziesięć utworów zajęło prawie dwie godziny.

Moja reakcja była przewidywalna – oczy jak złotówki, banan na gębie i bujanie się w takt.

Przelicznik piwny (tyle trzeba wypić, aby znieść tą muzykę) – wielkie zero; nul; nic.

Z całego serca polecam wszystkim, bo dawno nie słyszałem takiego zacnego występu na żywo.

Proponuję także zapoznanie się z planem imprezy; dzisiejszy koncert nie był ostatnim.

Tags:
3 komentarze
  1. Wrzesień 14, 2006
  2. Wrzesień 14, 2006
  3. Wrzesień 20, 2006

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *