Nie ukazuj innym słabości?

Ten wpis jest częścią mojego starego bloga, prowadzonego w latach 2005-2007 pod adresem dragonee.jogger.pl. Został on zachowany w celach archiwizacyjnych i niekoniecznie reprezentuje moje bieżące stanowisko na dany temat.

W czasie wojny, przyznanie się do porażki jest czymś niehonorowym. Lepiej zginąć, niż poddać się najeźdźcy. Ta postawa, żywcem wyjęta z dziejów średniowiecznej Japonii, stosowana jest również w teraźniejszości, jak miałem okazję się przekonać, czytając dwa posty – komentarz Piotra Mikołajskiego do wpisu Belloisa, oraz odpowiedź Belloisa na ten wpis. Zmieniło się pole walki… nie tylko, co potwierdzę w dalszej części postu.

Z tak ogólnego punktu widzenia do tej postawy ciężko się przyczepić. Jednym może wydać się rycerska, drugim głupia, ale będzie to bardziej odczucie, niż konkretne argumenty. Jak zwykle jednak, diabeł tkwi w szczegółach.

Na przykładzie bowiem wpisów, za którymi linkuję, można spłycić i uogólnić szczególny przypadek, który zawsze kończy się źle. Gdy uczeń atakuje mistrza, robi to, zazwyczaj uważając się za lepszego. Szybko zostaje sprowadzony do parteru i wtedy, miast podziękować za wyniesioną naukę, atakuje znów. Za drugim razem mistrz jednak wyciąga swój miecz z pochwy, a uczeń nie ma szans.

Na forach, grupach dyskusyjnych, czy też coraz częściej na blogach zdarzają się podobne sytuacje. Aktualnie zwą się one flamewarami. Problem w tym, że nie można raz, a dobrze uśmiercić piszących (w legalny sposób), co sprowadza następnie taką potyczkę do walki psów. Wytaczane argumenty stają się gorszące, a żadna ze stron nie chce się przyznać do porażki, bo oznaczałoby przyjęcie na siebie całej tej masy obelg.

Najciekawsze jest to, że wszyscy powiązani konfliktem są przekonani, że uda im się przekonać przeciwników.

Przez pewien czas wydaje się to zabawne dla postronnego obserwatora, potem robi się tylko nudne. Wraz z narastającym czasem oderwanie poszczególnych stron od flamewara staje się trudniejsze, a zdarza się także, że walczący zapominają, o co na początku poszło. Bo przecież chodzi tylko o to, aby dopiec przeciwnikowi.

Błogosławionym jest ten, który kontroluje swe emocje i jest w stanie zakończyć wojnę w dowolnym czasie. Aniołem jest ten, który nigdy się nie wdaje w takie walki, a każdą zaczepkę obraca w żart, często na swój temat. Bogiem (a jakże!) jest ten, który na dodatek wyłoży swoją opinię w sposób akceptowalny dla przeciwnika.

Do metafizycznej postaci jeszcze mi daleko. Dlatego zawsze, gdy z kimś rozmawiam, zostawiam otwartą furtkę dla jego opinii, czemu miałbym odgórnie uważać, że żadna z nich nie okaże się trafniejsza od mojej?

2 komentarze
  1. Lipiec 17, 2006
  2. Lipiec 17, 2006

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *